Jak reagują ludzie widząc na ulicy dużego, wytatuowanego faceta, który spaceruje z dwoma amstafami?
- Jak cię widzą tak cię piszą i wyrabiają sobie na twój temat opinię. Jak widzisz potrafię się wysłowić, owszem używam wulgaryzmów, ale z przekonania. Ktoś kiedyś przyjął, że pewne słowa są "złe" a inne "dobre", z czym się po prostu nie zgadzam. Jak ludzie reagują? Nie interesuje mnie to. Łatwo jest żyć moim życiem, moją osobą. Człowieka trzeba najpierw poznać, żeby go ocenić. Na pewno ludzie czują przede mną respekt, jakąś barierę, ale dobrze mi z tym. Nie jestem osobą komunikatywną, nie szukam nowych znajomości i kontaktów z ludźmi. Nie lubię gatunku ludzkiego, sam jestem człowiekiem i siebie na swój sposób też nienawidzę. Mam pewne zachowania i cechy ludzkie, które mnie drażnią.
Jesteś rozpoznawalny w Płocku?
- Szczerze? Ja już mam dość swojej twarzy. Wszędzie są plakaty ze mną! To małe miasto - i tu nie chodzi o ilość ludzi, a o mentalność. Gala to wielkie wydarzenie, na jednej z walk wieczoru pojawiam się ja, osoba charakterystyczna, mamy więc idealny temat do rozmów. Kiedy zaczynałem swoją karierę liczyłem się z takim obrotem spraw. Nigdy nie przypuszczałem jednak, że wszystko wydarzy się na taką skalę. Zgłaszając się do KSW wiedziałem na co się piszę, ale i tak jestem w szoku. Nie mówię, że to mnie przerasta, ale jeżeli mógłbym stoczyć walkę na małej sali - za podobne, bądź troszkę mniejsze pieniądze - to z chęcią zrezygnowałbym z tej całej otoczki. Wiedziałem jednak co robię podpisując kontrakt.
Zdarzają się szepty na ulicy?
- Tak, ale nie zwracam na nie uwagi. Moje życie dnia codziennego to poranny trening, sprawy, które muszę załatwić po ćwiczeniach. Następnie spacer po lesie z psami. I to tyle. Nie ma mnie. Izoluję się na własne życzenie - potrzebuję wyciszenia. Nie mówię o tej walce, a ogólnie o swoim życiu. Mamy z narzeczoną plan - kupić ziemię i wybudować dom. Nastąpi zmiana hierarchii: to ona będzie dbała o finanse, a ja będę "kurem" domowym [śmiech]. Będę chciał hodować psy, konie. Marta kiedyś jeździła konno. Do miasta planuję wracać tylko żeby opłacać rachunki.
Marcin Różalski tęskni za spokojem?
- Marcin Różalski tęskni przede wszystkim za innymi czasami. To kompletnie nie jest moja epoka.
A za jakimi czasami tęsknisz?
- Za średniowieczem. Przyroda, pogaństwo, wioski gdzie jeden szanował drugiego. Wtedy było inaczej, wszystko było poukładane, prostsze.
Cofnijmy się więc do przeszłości, choć dużo bliższej. W wieku 18 lat miałeś wypadek, po którym byłeś sparaliżowany. Myślałeś wtedy „jeszcze wrócę na ring i wszystkim pokaże na co mnie stać”?
- Wtedy nie chodziło o ring. Byłem w szczytowej formie i praktycznie nie było zawodnika, który mógłby mi dorównać. Miałem kontrakt na dwuletnie występy w kadrze Polski, wszystko układało się idealnie. W momencie, w którym dostałem dowód, byłem pełnoletni, choć nadal nie dorosły, miałem wypadek, zostałem sparaliżowany od pasa w dół. Leżałem w szpitalu, potrzebowałem pomocy we wszystkim - łącznie z załatwianiem się i myciem. Przychodziły młode pielęgniarki, ładne dziewczyny, które musiały się mną zajmować. To przykre dla faceta. Najdziwniejsze jest jednak to, że ja się tym kompletnie nie przejmowałem. Wiedziałem, że będzie dobrze. Pojawiły się chwile zwątpienia, w których chciałem się zabić, ale te wątpliwości mijały, a we mnie rosło przekonanie, że wrócę do formy. Ring nie był więc celem samym w sobie. Chciałem po prostu zajść wysoko. Udowodnić ludziom i samemu sobie, że mogę to zrobić. Swoją drogą wtedy narodziła się we mnie obojętność - do świata, ludzi. Chciałem bardzo walczyć, ale doszedłem do pewnych wniosków, przemyśleń. Narodziłem się na nowo. Był cel stania się kimś w rodzaju nadczłowieka - bo tak to widzę. To ogromne wyzwanie dojść do tego miejsca, gdzie jestem teraz - przecież nie potrafiłem sam siedzieć.
Długo trwało dochodzenie do formy?
- Ze szpitala wyszedłem po 43 dniach. Dwa miesiące spędziłem w domu, po czym kontrola lekarska wykazała, że już mogę samodzielnie siedzieć, ale nigdy nie będę mógł trenować. Wtedy nastąpiła dość ostra wymiana zdań z lekarzem, po czym wziąłem torbę i najzwyczajniej w świecie wróciłem na salę. Po którymś treningu znokautowałem trenera i zacząłem wracać do poziomu sprzed wypadku. Nie było rehabilitacji, ćwiczeń - po prostu zacząłem trening.
A co na to lekarze?
- Prawdę powiedziawszy to mnie nie interesuje. Gdybym ich słuchał, to dziś byśmy prawdopodobnie nie rozmawiali. Nie przejmuję się ich zdaniem. Ludzie ze zdrowym kręgosłupem nie robią tego, co ja po wypadku.
Ale teraz już wszystko w porządku z Twoim zdrowiem?
- Chyba tak. Nic mnie nie boli, nic nie strzyka. Na odcinku L1 mam założone sprężyny Weissa, które powinny zostać wyjęte w 1998 roku [śmiech]. Naprawdę się tym nie przejmuję. Na co dzień czuję wyłącznie zmęczenie dniem codziennym.
Wcześniej duże sukcesy odnosiłeś w kick boxingu. Co się stało, że spróbowałeś swych sił w MMA?
- Po wypadku zacząłem wracać do formy, lecz w pewnym momencie zaczęła się stagnacja. Przestałem się rozwijać. Wyjechałem do Francji by toczyć walki na zasadach K1, tajskiego boksu i MMA. Trafiłem pod skrzydła Jeana Marie Marche, który zaczął kontraktować mi pojedynki - wtedy jeszcze w K1 i tajskim boksie. W tym samym momencie spływały propozycje startów w MMA. Ja nie chciałem za bardzo w to wchodzić, choć zauważyłem, że wszyscy wycofują się z K1 właśnie na rzecz Mixed Martial Arts. Dopiero po pewnym czasie postanowiłem spróbować. Jeden z zawodników, z którym trenowałem dostał propozycję od KSW. Następnie polska federacja zaproponowała przejście do ich szeregów - wtedy kiedy ja będę na to gotowy. Wówczas postanowiłem, że jeśli będę walczył w MMA to tylko dla nich. Po uzgodnieniu szczegółów dostałem dobry kontrakt. Skoro dostawałem tyle ofert, to chciałem sprawdzić czy podołam. Jeszcze czuję się na siłach, chcę walczyć i na tym zarabiać.
Jest taki przeciwnik, z którym chciałbyś się zmierzyć?
- Poza Le Bannerem? Nie. Nie każdy zawodnik będzie moim przeciwnikiem, ale i nie z każdym wyjdę na ring. Mam swoje zasady i nie podejmę walki z każdym. To na pewno. Ale nie mam wymarzonego rywala.
Na swojej stronie internetowej napisałeś, że w Twoim życiu działo się tak dużo, że materiału starczyłoby na książkę. Będzie autobiografia Marcina Różalskiego?
- Na pewno będzie, ale z całą pewnością napiszę ją pod pseudonimem i zmienię pewne nazwiska. Dlaczego? Bo albo zostanę zabity, albo dużo ludzi trafi do więzienia [śmiech]. Moje życie było barwne. Od 16 roku życia zaczęło się coś w moim życiu dziać, a od 18 roku dzieje się bardzo dużo. Może nie wszystkie szczegóły nadają się do druku, ale z całą pewnością są to ciekawe rzeczy. Na pewno kiedyś to spiszę.
Wywiad z Marcinem Różalskim o sporcie można przeczytać tu.
Portal nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy. Komentarze wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo i regulamin będą usuwane.